X

Ta strona zostanie zamknięta za sekund

PREMIERA 10 PAŹDZIERNIKA 2016 →

MEMORABILIA

PREMIERA 10 PAŹDZIERNIKA 2016

cd

Twórczość 2000 – …


Bieszczadzkie anioły (2000)


Rzecz dziejowa. Rzec by można kultowa, gdyby nie fakt, że określenie to używane jest dzisiaj nagminnie w odniesieniu do rzeczy pospolitych i błahych, tracąc moc oraz zdolność uwznioślania spraw naprawdę ważnych. Biorąc pod uwagę jedynie zawartość albumu, powyższe słowa zakrawać mogą na karygodną megalomanię. Oddawanie bowiem czci sielskim, bieszczadzkim krajobrazom, czy pochylanie się z czułością nad barbarzyńcami spod kiosku z piwem, nie przydaje jeszcze sztuce nimbu świętości i niezwykłości.
Na szczęście, na fali popularności tytułowej pieśni, z czasem zaczęły pojawiać się dodatkowe cenne inicjatywy i zjawiska, dające trudne do zbicia argumenty na potwierdzenie boskiej genezy Bieszczadzkich aniołów. I tak, ludzie zasłuchani w słowa utworów jęli tłumnie pielgrzymować do opisanych w nich miejsc, uwiedzeni słodką i przyjazną każdemu człowiekowi liryką Ziemianina. Postanowili szukać wrażeń i wzruszeń nie tylko w Bieszczadach, ale i na Sądecczyźnie – trafnie odczytując większość literackich tropów autora. Spontanicznie zaczęła się tworzyć nieformalna „anielska” społeczność złożona z osobników płci obojga, w różnym wieku, powiązanych ze sobą niewidzialną nicią wtajemniczenia. Odkrywających sekrety ulicy Ogrodowej, Leluchowa i dzikich odludzi, gdzie asfalt ma swój kres. Z biegiem czasu rosła liczebność tej wielobarwnej grupy uroczych fanatyków admirujących ową Krainę Postrzępionych Skrzydeł, poetę i zespół – odbudowując na nowo moją wiarę w Człowieka przez duże „C” i własną twórczość. To przywróciło mi chęć życia i motywację do dalszej pracy, dając pomysł na samego siebie – Domorosłego, Empatycznego Angelologa stanowiącego alternatywę dla statutowo pijanych Bieszczadzkich Zakapiorów. Poszukiwanie owej aury świętości w morowym powietrzu Trolla, Siekierezady, czy „pavulonu” – Poetyckiej Otumanii Bieszczadu – z Ryśkami: Szocińskim i Denisiukiem, nie raz skończyło się i moim niesławnym noclegiem w objęciach przydrożnego rowu. Pozwoliło mi jednak w końcu podjąć męską decyzję, by w nieco inny sposób spożytkować rozpierającą mnie energię i entuzjazm. Śniąc sny o potędze na marginesie gminnego gościńca, wymarzyłem sobie literacko-muzyczne igrzyska nazwane wymownie „Bieszczadzkimi Aniołami”. W ten oto sposób – dość wyboistą drogą – niebanalny zestaw sztajerków
o poetyckim zabarwieniu, żyjąc sobie spokojnie własnym życiem, zyskał wymiar ważnej
i poważnej, ogólnokrajowej imprezy, skupiającej spowinowacone duchowo masy ludzi spragnionych wspólnego śpiewania, mądrego słowa i zieleni połonin. Rzecz kultowa, jakby nie patrzeć!


Biesy i Czady w Chicago (2001)


Oto przypadkowy i dość bałaganiarski zapis występu zespołu w swojskim, acz zapyziałym Copernicus Center, będący próbą ocalenia resztek iluzji amerykańskiego snu. Przypadkowy, gdyż nagranie muzyki posłużyło jedynie za pretekst do kolejnych odwiedzin Chicago oraz oficjalny powód organizacji koncertu z naszym udziałem, na wypadek zainteresowania się nim amerykańskich służb imigracyjnych i urzędników skarbowych. Bałaganiarski, bo zapisywacz dźwięku nie przyłożył się zbytnio do swojej roboty, traktując ją jako zło konieczne i najzwyklejszą chałturę zleconą mu przez zlęknionego organizatora imprezy.

W efekcie powstał materiał ułomny technicznie, mocno okrojony formalnie, z pogubionymi partiami niektórych instrumentów, odarty z metafizycznej dramaturgii gorączkowego napięcia na linii scena – widownia oraz energicznych braw publiczności
i wołania o kolejne bisy. Wszystko to przepadło bezpowrotnie na skutek zastosowania nieśmiertelnych polskich rozwiązań technologicznych, opartych na totalnym wytanieniu środków, ignorancji, arogancji oraz irytującej swojskiej prowizorce. Pomysł wydania tej rewii popeliny na krążku zrodził się natomiast w kargulowym łebku wspomnianego bossa. Z jego chęci podarowania współplemieńcom odgrzanych poetyckich wzruszeń, na wzór i podobieństwo fotki z polarnym niedźwiedziem na zakopiańskich Krupówkach. Po 20 baksów za sztukę.

Opisany projekt – od kompromitacji i klapy – ocalił szczęśliwie montaż dźwięku
z pogranicza iluzji i cudu, dokonany z pietyzmem przez nieocenionego Roberta Szydłę. Astronomiczna zaś grafika Andrzeja Mleczki przydała albumowi znamion sztuki, kusząc nabywców perspektywą ulotnej wyprawy w nieznane. Z aniołami, po mlecznej drodze, hen za wielką wodę. By – wraz z nimi – dać czadu w Wietrznym Mieście i nie zbiesić się na krztynę, oczarowując i odczarowując rodzimą Amerykę.


Kino objazdowe (2002)


Żeby wejść w skórę Ziemianina bez ryzyka jej trwałej deformacji, porozciągania
na wszystkie strony, czy – nie daj Boże – rozerwania na strzępy, stawałem na głowie
i porzucając własną cielesną powłokę szukałem odpowiedniej perspektywy. Pragnąłem złapać niezbędny dystans do miejsc i zdarzeń opiewanych żarliwie w pieśniach. Przepuszczając, w związku z tym, przemysłowo destylaty przez nadwerężony recydywą ustrój odnosiłem wrażenie, że wypalam w sobie to, co zbędne – całą pospolitość. Mądrzeję z kaca na kac i dorastam do dojrzałości rachując się z demonami dzieciństwa i bardzo wczesnej młodości. Wmawiałem sobie w pomroczności jasnej, że to także moja historia. Łudziłem się, że to Złocieniec, a nie Muszyna. Dom na Nowej, a nie Ogrodowej. Prawda była jednak inna i nie do rozdwojenia. Nie był to mój świat, moje miasteczko, ani też ulica. Oba krążki „Kina” można za to z powodzeniem wykorzystać jako głośnomówiący przewodnik po Kraju Łagodności lub obowiązkowy załącznik do wszystkich poetyckich książek Adama. To jego osobista mitologia. Nic więcej. Niewiele mniej. Mnie tam nie ma wcale albo prawie wcale…


Bucalala! (2004)


Bucalala, to słowny odpowiednik słynnego gestu Kozakiewicza, który przyszedł mi na myśl mimowolnie w chwili, kiedy usłyszałem tragiczną prawdę o przykrym w skutkach wypadku Romka Ziobry. Tragiczną, gdyż potraktowaną przez samą ofiarę, jako kolejna wpadka, a nie życiowy dramat. Na prostej drodze koło bieszczadzkiego Smolnika, mój przyjaciel zaznaczył wyraźnie swój czarny punkt na krętej ścieżce pijanego losu. Choroba duszy – a nie urazy ciała doznane w kraksie – stanęły między nami, doprowadzając do bolesnego rozstania. Ręka sama zgina się w łokciu, w geście soczystego wała – nawet dziś jeszcze – i świerzbi, by pokazać go romkowym kompanom od kieliszka za to, że pozwolili mu usiąść za kółko na bani, wysyłając na pastwę zgubnego przeznaczenia. Sumienia powinny ich zagryźć żywcem! Najpierw trzeba jednak mieć sumienie. I rozum…

Pod wpływem emocji – w sytuacji zagrożenia – człowiek działa szybko, instynktownie i skutecznie. Miejsce pracy liżącego rany Romana, zajął Robert Szydło reagując błyskawicznie na moje rozpaczliwe wołanie o pomoc. Okaleczony mechanizm zespołu zaskoczył na nowo i zaczął funkcjonować bez większych problemów. Nowy basista idealnie wtopił się w muzyczną tkankę grupy, wzbogacając wyraźnie jej jakość i treść. Nie udało nam się jednak zestroić towarzysko, co przesądziło o rychłym rozejściu się artystycznych dróg i zakończeniu obiecującej współpracy.

Album Bucalala! przenosi zatem słuchacza w opisany czas niespokojnych przemian zespołu i personalnych roszad. Dokumentuje naszą artystyczną formę i ówczesny repertuar, dając wyobrażenie jak wspaniale mogłaby zabrzmieć ta muzyka, gdyby nie ludzkie słabości i ułomności.


Beretka dla Bejdaka (2004)


Rozdroże. Świadectwo dogorywania dość mdłej, bo doskonale neutralnej formuły artystycznej oraz kooperacji autorskiej z Adamem Ziemianinem. Przesyt sentymentalnego obrachunku z małomiasteczkową przeszłością i dziedzictwem oraz poczucie kresu zachwytu nad sielankowym konformizmem poety. Podskórna niezgoda na jego dobroduszne, puchate widzenie świata i ludzi. Narastająca świadomość konieczności sięgnięcia po ostrzejsze słowa, niosące głębokie, ale i kontrowersyjne treści w celu rozstrzygnięcia, co jest w życiu naprawdę ważne? W moim życiu – nie Adama.

Nagrywając piosenki na ten album poczyniłem notatki do każdej z nich, aby poczuć, uwierzyć oraz upewnić się, że tworzę dzieło ważne, potrzebne i w zgodzie z własnym sumieniem. Oddające po trosze choćby obraz moich myśli i przeżyć. Przeglądając po latach wspomniane zapiski, dostrzegam swoje znużenie, kryzys samodzielnego myślenia i brak przekonania w sprawczą siłę tekstów, bo już raczej nie wierszy. Dodajmy, że żaden z utworów pomieszczony na tej płycie nie zagościł dłużej w koncertowej rozpisce, oddając bez walki pole żelaznym hitom sprzed lat oraz nowościom powstałym na kanwie poezji Jana Rybowicza. Najważniejszym Piosenkom Mojego Życia!


Dymi mi z czachy (2005)


Istnieją płyty, które powstały nie dla pieniędzy, czy też po to, aby zbawić ludzkość całą, bądź odmienić los planety. Są płyty potrzebne jedynie samemu twórcy,
by zdyscyplinować i uporządkować neurasteniczny chaos oraz wewnętrzny dygot narastający w nim na skutek rozsiewania się zapalnych ognisk wrażliwości. Przypomina to trochę pisanie dziennika przez pijaka na odwyku, w szpitalu psychiatrycznym.

Na „Czaszce” nie mam nic do ukrycia. Staram się wiernie oddać i zobrazować wszelkie stany ducha oraz ciała, jako efekt cnych rozkoszy, nazywając wszystko po imieniu. To psychoterapia zmierzająca do zastopowania dość regularnych „dymień z czachy”, rozmazujących realny obraz świata. Ostra walka z permanentnym „nagruzowaniem”, dającym wyłączne prawo do słabości i użalania się nad sobą oraz dyspensę od normalnego, odpowiedzialnego życia. W imię artystycznej wolności, prowadzącej nierzadko do niegodnej człowieka wegetacji i bełkotliwych pohukiwań z dna egzystencji.

Album ten – na podobieństwo pożegnalnego toastu – to zwieńczenie wieloletniej współpracy autorskiej z Adamem Ziemianinem. Swojska puenta naszych twórczych eskapad do Muszyny, okraszanych rozmowami o poezji oraz zimnym „Keltem” spod krachli na poranny szum w uszach i karny ucisk mózgowia.

Strzemiennego zatem, Adasiu! Ale już tylko na jedną nóżkę…


Missa Pagana (2005)


Missa Pagana dała początek wszystkiemu. Skrzętnie ukryta w tomie Dużo ognia pozwoliła się odkryć i otworzyła mi oczy na wiele spraw. Dzięki niej zrozumiałem, że mój muzyczny język oscyluje gdzieś między balladą poetycką a folkiem oraz delikatnie ociera się o akustyczną odmianę bluesa. Gorączkowo – rzec by można – intensywnie dobierane akordy prowadziły mnie przed laty do celu, którym stały się dość melodyjne, spontaniczne piosenki wyrosłe z mojego młodzieńczego buntu przeciw całemu światu. Bunt ten zazwyczaj ma to do siebie, że brak w nim głębszego sensu, ale dobrze, że w ogóle jest. A czasy były niełatwe, choć ciekawe. Dopiero potem powstał zespół, pojawiły się koncerty i pierwsi fani. Moje życie nabrało właściwego sensu. Do pełni szczęścia brakowało mi już tylko dwóch piosenek scalających swobodnie funkcjonujące, pojedyncze utwory w śpiewograny poemat. Gruntownie przemyślany, zaaranżowany i wykonywany jako zamknięta całość.

Na trop Confiteora Prefacji – bo o tych brakujących ogniwach mowa – trafiłem niedawno. To zmobilizowało mnie do dokończenia Mszy Pogańskiej i podsumowania życiowej przygody z twórczością Steda. Stąd obecność na płycie piosenek premierowych – dodanych do albumu – które za Stachurą śmiało można określić mianem „starych – nowych śpiewek”.

Cieszy to, że udało się do nich wrócić i szczęśliwie dokonać dzieła.


Biała gorączka (2006)


Album Biała gorączka to próba przerzucenia chybotliwej kładki nad groźną, wzburzoną kipielą. Chodzenie po niej to zajęcie dość ryzykowne, niedające gwarancji bezpiecznego dotarcia na drugi brzeg. Mówiąc jaśniej, chodzi tutaj o moje, najnowsze poszukiwania artystycznej tożsamości. Tu i teraz! Na miarę czasów, bagażu życiowych doświadczeń – w końcu – swojego, męskiego już wieku. Niekoniecznie zaś na miarę oczekiwań wyznawców i wielbicieli SDM – zespołu opoki, którego naturalnym satelitą jest efemeryczna formacja „Braci Gruz”. Chociaż… W większości sprawdzeni autorzy, znajome akustyczne brzmienie i prawie niezmieniony skład personalny, dają złudzenie, ze słuchamy kolejnej płyty „Małżonków”. A jednak jest trochę inaczej. Bardziej surowo i kameralnie – rzec by można – intymniej. Po raz pierwszy też w tak dużej dawce pojawiła się niezwykła, dotykająca bolesnych prawd poezja Jana Rybowicza. Z pewnością doczeka się ona muzycznego rozwinięcia i kontynuacji w niedalekiej przyszłości. I dla tych właśnie, ledwie naszkicowanych zrębów nowego kierunku eksperymentów z poetyckim przekazem, warto było zapis tego radiowego koncertu ocalić.

Dajmy, zatem szansę swojej wrażliwości, idąc za wskazaniem „białego kompasu”, szukając i – daj Boże – odnajdując nowe tropy w dziwnie znajomym i swojskim muzycznym krajobrazie.


Tabletki ze słów (2006)


Nie daj się zwieść zmysłowej fatamorganie.
Złudnym molekułom perfekcyjnego ciała.
Erotycznej fantasmagorii.
Daj się uwieść jedynie treści.

Ten album to święto naprawdę ważnych i ważkich słów!

Przypuszczam, że Jan Rybowicz – samorodny talent literacki z Lisiej Góry – odkrył swoje twórcze pasje dość przypadkowo i niespodziewanie. Pisanie wierszy i opowiadań stało się dla niego zbawieniem, skracając bolesny czas oczekiwania na KOBIETĘ i MIŁOŚĆ.

Tę jedną, jedyną… Łagodziło w nim brak cierpliwości w tym czekaniu, uśmierzając nieznośną SAMOTNOŚĆ, jawiącą się jako coś gorszego niż sama ŚMIERĆ. Śmierć, która zresztą przewrotnie odnalazła go przybierając postać kobiety – kościstej Kostuchy – o wiele za wcześnie i zupełnie nie w porę. Zakłopotanego i nieprzygotowanego na to wyśnione spotkanie.

Rybowicz święcie wierzył w to, że „współczesny człowiek powinien spodziewać się od poezji przede wszystkim WIARY! Wiary w człowieka, w sens życia, w stałe zwycięstwo dobra nad złem”. Wiedział też doskonale, że „poezja powinna być ukojeniem i pocieszeniem, pomimo wszelkich anty. Powinna być spokojną nauką godnego umierania. Pogodzeniem się i buntem. Miłością i nienawiścią. Skargą i akceptacją. Wyznaniem wiary. Wyznaniem miłosnym. Życiem, a nie wegetacją. Godnością”. Tego wszystkiego domagał się od poezji, egzekwując to niezłomnie. Stąd zapewne buńczuczne przeświadczenie, że wraz ze Stachurą „w krótkim czasie wykoszą swoimi wierszami wszystkich poetów!”. Szybko jednak, bo w tym samym utworze, odnajdziemy gorzką konstatację, że uprawianie poezji to odwieczna „gra ze śmiercią”. Gra, z której nigdy nie wychodzimy zwycięsko. Możemy jedynie liczyć na cud…

Ja, Rybowicza odkryłem dla siebie też dość przypadkowo, przed laty, w czasach poszukiwania własnej tożsamości. Odczytując mozolnie jego słowa ubogaciłem się
i dojrzałem na tyle, by doświadczyć głębokiej wiary w to, że Jaśkowe „bańki mydlane” są dziś dla mnie „równie niezbędne jak chleb”. I to jest ten CUD, który się właśnie dokonuje!


Jednoczas (2007)


Kolejny płytowy zapis Najważniejszych Piosenek Życia jest dla mnie oczywistą koniecznością płynącą z potrzeby serca, siły rozumu, a nade wszystko niezłomnej wiary
w przepływ energii oraz przecinania się tak zwanych linii świata. W jednym czasie i miejscu. Teoria głosi, iż wszystkie cząstki posiadają swoje linie życia, nazywane liniami świata, które krzyżując się w czasoprzestrzeni mogą tworzyć wspólne pola energetyczne, potęgując swoje wzajemne oddziaływanie. Mówiąc jaśniej, wierzę święcie w to, że rozproszone w glebie, wodzie i powietrzu atomy Janka Rybowicza nakładając się, co rusz na moją linię świata, pozwalają wyraźnie odczuć wyjątkową więź i jedność ze zmarłym poetą. Z niesłychaną intensywnością doświadczam bowiem, niezwykłości zdarzeń wzmacnianych szczególnymi, pozarozumowymi znakami, które odbieram i staram się interpretować. Jak zawsze „Ku dobru!”. Tak, jakby sam Rybowicz chciał, abym to właśnie ja, a nie kto inny, zwrócił na niego uwagę i zapragnął jego istnienia. I jego twórczości. Swoista potrzeba wzajemności, by móc żyć od nowa. Tu i teraz – ja. W świadomości zaś innych – on. To metafizyka w najczystszej postaci!

Nie mogę wykluczyć tego, iż skutkiem recepcji powyższych słów przez odbiorców wszelkich moich teraźniejszych poczynań twórczych, wystąpią u nich obawy i podejrzenia
o niecodzienny stan mojego umysłu. Jedni niezawodnie zdiagnozują obłęd. Inni zaś odeślą mnie wprost do egzorcysty. Szczerze mówiąc, nie dbam o to! Wiem swoje i będę to pielęgnował odczytując pilnie kolejne, nieuchronne znaki Jednoczasu.


Odwet pozorów (2009)


Młyny boże mielą wolno, skrupulatnie i na miałko, a prawda jest jedna
i nierozdwajalna. Warto o tym pamiętać ważąc każde wypowiedziane w życiu słowo. Coraz powszechniejszy relatywizm, manipulacja oraz wyplatanie bzdur i wciskanie kitu zemści się bowiem prędzej niż później. Słowne buble – puszczane bezkarnie na wiatr – nabiorą siły, mocy i masy mszcząc się bezlitośnie. Oddadzą z nawiązką razy tym, którzy nade wszystko winni głosić prawdę, a nie nią kupczyć. W imię korzyści własnych albo swoich pryncypałów. Niby jesteśmy wolni, niby żyjemy w demokratycznym kraju, niby jesteśmy Europejczykami – no właśnie: niby! Szybko staliśmy się zakładnikami globalnej machiny powiązanych losów i zanikającej tożsamości. Równaniem ekonomicznym i demograficznym. Kolosem na glinianych nogach, czekającym z nadzieją na przypływ sił, dających odwagę, aby w końcu być sobą. W pełni i na zawsze. Sprawiedliwie i mądrze. Bez wikłania się w nieudane mariaże, sojusze i z dosadną odpowiedzią na szereg przedawnionych pytań. Bez lęku, co jest po drugiej stronie lustra. Zawsze przecież pozostaje wybór między alienacją i śmiercią a cudem celebrowania rytuałów codzienności. W znoju harówy, ale witając dzień z uśmiechem na udręczonej twarzy. Szczęście w nieszczęściu. Prawda w morzu kłamstw. Przyzwoitość w epidemii nikczemności. Mądrość zamiast głupoty. Biel w miejscu czerni. Dobro, nie zło… I to jest właśnie odwet pozorów. A temat pozostaje nieskończenie niewyczerpalny. Od zawsze i wciąż…


HLEV (2009)


W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych minionego stulecia, rekordy popularności na skoczniach narciarskich bił niejaki Eddie „Orzeł” – pokraczny Brytyjczyk o zabójczym poczuciu humoru uwalnianym zaraz po chaotycznym wyjściu z progu. Rozpaczliwy styl jego dziwacznych ewolucji narciarskich, grożący utratą zdrowia a nawet życia, w połączeniu z nikczemnie nikłymi osiągami na zeskoku, mierzonymi w centymetrach, dawały mu – paradoksalnie – istotną przewagę nad największymi mistrzami dyscypliny. „Orzeł”, spadając z nieba jak kamień, stał się bezdyskusyjnym hegemonem światowych skoków, zaskarbiając sobie bieżące uwielbienie fanów oraz ich dozgonny szacunek i miejsce w pamięci, o czym świadczą powyższe słowa. W przypadku Eddiego najważniejszy był bowiem sam udział w konkursie i radość fundowana kibicom znudzonym do cna rutyną zawodów. Uśmiech na twarzy kpiarza – ponad sportowe wawrzyny okupione katorgą treningu i diety oraz wszelkie finansowe gratyfikacje. Jednym słowem: jaja!

Odpowiednikiem Eddiego „Orła” w muzyce młodzieżowej tamtych lat był HLEV – zespół założony dyskretnie podczas obowiązkowych i koszmarnie jałowych zajęć szkolenia wojskowego dla studentów pedagogiki Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza
w Poznaniu, do których się zaliczałem. Wraz z kolegami kaowcami poświęciłem cały rok pański osiemdziesiąty czwarty na przygotowanie wyjątkowego przedsięwzięcia, jakim stał się jednorazowy popis postmodernistycznej grupy punkowej. Jej głównym atutem okazał się odważny katastroficzny repertuar połączony z happeningowym potraktowaniem publiczności, demolką sali i natychmiastowym samorozwiązaniem wpisującym w poczet pionierów Hlevi Metalu. W tym nowatorskim gatunku muzycznym nie istniał wymóg kompromisu pomiędzy tym, do czego namawia autora rozbuchana podświadomość, a tym, przed czym ostrzega go zazwyczaj zdrowy rozsądek. W twórczości poszliśmy na całość – bez jakichkolwiek ograniczeń! W treści i formie, co dało się zauważyć bez większego trudu. HLEV był na ustach całego wydziału. Zahuczało też o nas na mieście. Happening się udał. Zespół przestał istnieć, funkcjonując jedynie we wspomnieniach jego założycieli oraz barwnych opowieściach przekazywanych potomnym w pijanym widzie wyobraźni.

Ale HLEV powrócił realnie, żeby dać świadectwo niegdysiejszym poszukiwaniom
i zwariowanej pasji. Spotkaliśmy się niedawno w komplecie, aby w ciągu jednej sierpniowej nocy zarejestrować to, co powinniśmy nagrać przed ćwierćwieczem. Wróciliśmy do ulotnej idei jednodniowej jętki, by udowodnić, że nadal gramy jak Eddie „Orzeł” latał, a poczucie humoru nas nie opuszcza. I że mamy wciąż rogate punkowe dusze, zaś nie każdy życiowy projekt jest obliczony na zysk.


Blues nocy bieszczadzkiej (2010)


Bieszczadzkie Anioły to sprawa zamknięta szczelnie i skwitowana w głowie, w sercu, w sieci, a nawet w stugębnej plotce – nieślubnym pomiocie konfabulacji i domysłu. Uporczywe domykanie imprezy – jej upychanie we framugach pamięci – sprawiło, że tracąc nieco rachubę czasu ani się obejrzałem, jak upłynęły dwa lata od ostatniego oficjalnego spotkania z publicznością w bieszczadzkim pępku świata. Pora najwyższa zatem i czas na zdystansowany artystyczny rekapitularz w formie płytowego zapisu tej niezwykle twórczej (prawie) dekady, z jej wszelkimi radościami i niepokojami odbitymi uczciwie i wiernie w pieśniach zespołu.

Album Blues nocy bieszczadzkiej kończy definitywnie historię Festiwalu Sztuk Różnych, puentując ją wzruszająco, rzetelnie i celnie. Po prostu godnie…


Maszeruj z chamem (2011)


Jeśli zespół Breakout jest dla mojego pokolenia jak tatuaż, to – trawestując tę celną metaforę Andrzeja Garczarka – Bogdan Loebl jest dla mnie jak znamię. Różnica z pozoru subtelna, acz zasadnicza. O ile bowiem tatuaże są plonem świadomego wyboru, chwilowej fascynacji czy galanteryjnego zapomnienia powodowanego modą – tak znamiona dożywotnio nanosi przeznaczenie i przypadek.

Do rangi losowego naznaczenia urasta zatem mój pacholęcy zakup longplaya Niezidentyfikowany Obiekt Latający w złocienieckim kiosku Ruchu przy ulicy 5 Marca, gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych. Jakimś cudem wypatrzyłem niepozorną okładkę tej płyty, wystawioną wstydliwie pomiędzy krzykliwymi nagłówkami ówczesnych – rewolucyjnych z nazwy – gazet. Prawdziwa rewolucja rozegrała się natomiast w mojej głowie. W bezpiecznej scenerii narożnego pokoju w mym rodzinnym domu na Nowej. Czarny winyl Breakoutów przemówił spod igły gramofonu poezją i rzeszowskim bluesem. Faktycznie ujrzałem wstążkę tęczy w pochodzie przaśnej, małomiasteczkowej codzienności. Zakompleksionej i płochej. W wyjątkowo zapyziałych czasach. Odkryłem wtedy, że piosenki mogą gadać do mnie z sensem i do tego wierszem. Intensywnie odkrywać piękno w sytuacjach i sprawach trudnych. Odnajdywać radość w hipnotycznym smutku. Transie powagi podszytej bezsilnością i strachem. Maskowanej wymuszoną młodzieńczą nonszalancją. Wlewać otuchę w myśli zamrożone pesymizmem i niewiarą w jutro. Brakiem pewności siebie…

NOLZOL, a potem wcześniejsze tytuły z katalogu Loebla i Nalepy pomogły mi zrozumieć mrok zalegający we mnie. Od urodzenia. Słowa stopione z muzyką przynosiły ulgę, usprawiedliwiając przed samym sobą własną alienację i pokoleniową obojętność. Tak mi się przynajmniej wydawało. W chwilę później – na studiach – nastąpić miała eksplozja morderczej mimikry, dająca iluzję przystosowania i akceptacji otoczenia. Ale poprzedziły ją lata świetlne przesłuchań Kamieni, Wielkiego ognia, Gdybym był wichrem i Rzeki dzieciństwa.

Teraz żywioły powróciły w autorskiej twórczości. Płynąc z mojej człowieczej ułomności. Z potrzeby rozegrania partii mentalnego domina do samego końca. Rozliczenia się z marzeniami. Nieprzewidywalny los pozwolił mi spotkać poetę Loebla na swojej drodze. Poznać go, zrozumieć lepiej i się zaprzyjaźnić. W końcu, nagrać wspólną płytę. Jak tatuaż. Jak znamię. Jak pieczęć!


Złota Kolekcja Vol. I i II (2003,2012)


Przyswojenie wiedzy o niezbywalnej popularności i potrzebie publikacji fonograficznych składanek  przychodzi mi zawsze z podobnym trudem, jak trawienie ciężkich czerwonych mięs ze szczodrym dodatkiem cebuli, rozpustnie przysmażonej w głębokim tłuszczu. Łatwo więc wyobrazić sobie moją walkę z myślową niestrawnością i zgagą, podczas rozważania propozycji macierzystej wytwórni, by wtrącić swoje trzy grosze do czcigodnej skądinąd Złotej Kolekcji. Czytaj: płyta z piosenkami SDM w domu każdego Polaka! W końcu uległem – nie tyle pokusie dotarcia pod przysłowiowe strzechy, co możliwości indywidualnego decydowania o menu negocjowanego do bólu składaka.

Piosenki wybrałem i poukładałem zatem osobiście według przepisu opartego na zasadach artystycznej hierarchii wartości oraz chronologii tworzącej przejrzysty obraz zespołu i dokumentującej jego artystyczną ewolucję. Na przestrzeni bez mała trzydziestu lat. Z czystym sumieniem wdrożyłem uporządkowany materiał do przemysłowej obróbki, by nie bez wzruszenia czekać teraz na swój egzemplarz autorski.

Od zarania przykładam szczególną wagę do rzetelności opisów dołączonych
do wszelkich publikacji mych utworów. Doglądam po gospodarsku całego cyklu produkcyjnego kolejnych wydawnictw, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji: redakcja albumu. Podejmując się tym razem trudu sporządzenia notatki – owej instrukcji obsługi towaru, poczułem kompletną niemoc w formułowaniu zdań dotyczących historii Starego Dobrego Małżeństwa, funkcjonującego programowo z dala od medialnego zgiełku i szumu branżowego targowiska. Opisu faktów, dokonań, personalnych roszad… Skonstatowałem otóż przytomnie, że jesteśmy niezmiennie i nade wszystko dialektycznym Zespołem Drogi, zorientowanym heroicznie na bezpośredni kontakt z odbiorcą, podczas trudnych do policzenia koncertów.  Najwspanialszych zaś nut i muzycznych fraz nie skosztuje się na tym, czy innym opublikowanym albumie. Te wybrzmiały bowiem ulotnie w miejscach, których – częstokroć – nie ma dziś na mapie.

Największą frajdę w związku z pojawieniem się każdego nowego krążka, daje mi nadal jego widok w rękach fanów po koncertach podczas rozdzielania autografów oraz fakt stałej obecności na półkach tak zwanych dobrych sklepów muzycznych. Bez konieczności upokarzającej przeceny i twardego lądowania w hipermarketowych koszach z muzycznym miałem.


Oswojony (2012)


Album Oswojony jest owocem głębokich przemyśleń płynących z bezruchu i ciszy.
Z alienacji nieskażonej przymusem kompromisu, czyli coraz bardziej wątpliwym Świętem Obecności Drugiego Człowieka. Dotyka spraw i zjawisk z pogranicza przyziemnej codzienności, ocierając się jednocześnie coraz wyraźniej o krawędź artefaktu: owej nierzeczywistej z pozoru Krainy w technikolorze, o tyle wytęsknionej, co nieuniknionej. Dostępnej kuriozalnie na wyciągnięcie ręki każdemu. O krok, o skok, o cięcie, pchnięcie, zadzierzgnięcie. Cios, głębszy łyk, toksyczną iniekcję, strzał. O włos, ślepy traf. Zaledwie i aż…

Oswojony to pogranicze Nieprzekraczalnego. Ów zaorany pas demarkacyjny, za którym mieszka jedynie bezkresna Pustka i Nic. Schizma światów oraz uświadamiana boleśnie bezradność w pokonywaniu własnych zahamowań i lęków. Kosmos. Odlot!

Oswojony to brzemię, które musimy nieść. Dożywotnio. Chcąc nie chcąc. Niepodlegająca negocjacji cena za pragnienie zaspokojenia ciekawości, na którą chorujemy od urodzenia wszyscy. Ciekawości, co też jest Tam? Po Drugiej Stronie…

Oswojony pełni rolę kameralnego załącznika do wcześniej opublikowanych Tabletek ze słówJednoczasu oraz Odwetu pozorów. Album powstał w metafizycznej komitywie twórczej z Jankiem Rybowiczem – mym Bratem Bliźniakiem w sztuce. Poetą, z którym szczęśliwie spokrewniło mnie przeznaczenie.


Mówi mądrość (2013)



Kolejna przeszkoda.
Bardzo wysoka.
Aby ją przeskoczyć,
Musiałem się cofnąć.
Znów aż na samo dno.

Jan Rybowicz

Każdy nowy ład i porządek – świata czy naszego życia – wyłania się z chaosu. Owej burzy zrodzonej z oparów absurdu, niosącej ożywczy ozon zmian. I nieważne, czy są
to zmiany na lepsze czy gorsze. Ważne, żeby były w zgodzie z naturą. Z naturą, w której człowiek jest wynaturzeniem i dla której stanowi oczywiste zagrożenie.

Nowy archetyp Starego Dobrego Małżeństwa rodzi się w bólu poszukiwań formy
i treści skrojonych na miarę czasów. Nie bez lęku płynącego z osobistego ryzyka odrzucenia. Nie bez obaw, ofiar i wyrzeczeń. Z wiarą, że dzięki nim przetrwa on dłużej niż okres klasyczny w dziejach zespołu oraz jego dekadencja. Odciskając swe oryginalne piętno nowego pierwowzoru we wdzięcznej pamięci publiczności.

Wracam do źródła w pełni zespołowego grania. Bogatszy o cierpienie i uspokojony cierpieniem.
Z pełną świadomością, że nie ma rzeczy niepotrzebnych. Wszystko ma swój czas, miejsce
i rolę do spełnienia. Tak mówi mądrość zaczerpnięta ze zdroju intuicji, wrażliwości, wyobraźni
i doświadczenia Poety, którego pióro poprowadził geniusz niezwykle wymagającego i surowego,
acz nader sprawiedliwego Demiurga.


Kompresja ciszy (2015)


Festyn obsesji

Każdy człowiek ma w sobie coś z anioła. Każdy anioł był kiedyś człowiekiem…

Przetrwać mogą tylko rzeczy prawdziwe.
Na przykład szczere fabuły pieśni zrodzone
z intymnych przemyśleń i obaw – owych najgłębiej skrywanych tajemnic, o których trudno nawet pomilczeć. Fabuły wyrwane
z ciasnych szczelin serca ostrymi harpunami pasji, talentu i rozumu – głównego nawigatora jednostkowej odwagi pozwalającej odkryć i odsłonić najciemniejsze zakamarki duszy.
Ten metaforyczny festyn obsesji – utrwalony w pieśniach zatopionych w rowkach płyty – można też z powodzeniem potraktować jako skuteczny festiwal egzorcyzmów. Dokonywanych
z mocą pewności płynącej z przekonania i wiary, że aniołów na ziemi nie tak łatwo przerobi się
w ludzi kopiących dla nas wilcze doły w zaświatach.

Piosenki stanowią poważny oręż: chronią i bronią przed Złym. Pozwalają przetrwać najgorsze z najgorszych chwil. Dają siłę, by spotkawszy – powiedzmy w czyśćcu – Braciszka i Wątróbkę, przeżyć z godnością traumę ziemskiego piekła po raz wtóry.

Cywilizacja wytworzyła swoje niecne żywioły: brutalne chamstwo zalewające świat jak potop, nienawiść spalającą dobro ogniem bezlitosnego okrucieństwa, głupotę przyszywającą do ziemi wszelki polot i postęp oraz chciwość wyżerającą bezdusznie z powietrza tlen.

Można założyć przypuszczenie, że już niebawem powódź chamstwa zacznie parować od pożaru nienawiści, nienawiść zaś zdławi ograbiony z tlenu trujący czad, który był powietrzem i oddychało nim nienasycenie do zupełnego wyczerpania życiodajnych zapasów. A ociężała replika ziemi – odlana ze stopu absurdu i pustki, niwelujących wszelkie formy myślenia – znieruchomieje paradnie na cokole tandety u stóp wieżyczki strażniczej przed wejściem do przeludnionego raju z napisem:
Tylko obecność w sieci uczyni Cię prawdziwie wolnym humanoidem!
Oto martwy festyn jakże żywych nowoczesnych obsesji…


Memorabilia (2016)


Memorabilia, czyli z definicji rzeczy wiekopomne i godne zapamiętania, znalazły swoje miejsce na nowym albumie Starego Dobrego Małżeństwa. Wydobyte z pawlacza pamięci utwory niewydane, nieznane, warte ocalenia
i odkrycia zostały nagrane współcześnie przy udziale autentycznych bohaterów z lat osiemdziesiątych.
Osób, które współtworząc pierwotne odsłony personalne
i repertuarowe zespołu, pozostawały dotąd w głębokim cieniu. Ukryte za murem ciszy powodowanej brakiem fonograficznych zapisów sprzed trzech dekad.

Wśród wspomnianych postaci usłyszymy na płycie mojego pierwotnego druha muzycznej doli
i niedoli – Andrzeja Sidorowicza, inspiratora nazwy Stare Dobre Małżeństwo – Jana Hyjka, pierwszego skrzypka zespołu – Marka Czerniawskiego oraz śpiewającego gitarzystę – Sławomira Plotę.

Ponadto ślady wpływu na bieg historii odcisnęli zaprzyjaźnieni oprawcy muzyczni z bratnich bądź bliźniaczych formacji spowitych nimbem sławy i świętości – Wacław Juszczyszyn (Wolna Grupa Bukowina), Mikołaj Korzistka (Bus Stop), Zbigniew Stefański (Bez Jacka), Mariusz Wilke (Słodki Całus Od Buby), Robert Piekarski i Wojciech Koptas (Pod Strzechą) oraz dyżurny bard i strażnik słowa – Piotr Bakal.

Głosu płci pięknej bronią StrzeszankiBeata i Monika (po mężach Koptas i Mosionek) oraz Ala Ciebielska (Borutowa).

Nie zapomnijmy o współczesnych – Bolesławie Pietraszkiewiczu, Romanie Ziobrze i piszącym
te słowa, o czym informuję rzetelnie z radością i nieskrywaną ekscytacją.

Krzysztof Myszkowski  

 

 

Data →
31 lip
Hasła →
Tagi: ,